_Blog shaniah
Bam, bam. 2011-05-06

Biję się niewidzialnym młotkiem w głowę.


Po wszystkim, co było - nie wiem co będzie.


Ze mną.


Za dużo myślę, to już pewne.


I w końcu pojawił się, ktoś, kto odpowiada na moje wszystkie pytania tak bardzo logicznie, że nie mam wyjścia - muszę zamilknąć.


 


Ożenię się z Tobą - słyszę.


Po długich zaprzeczeniach, że ja nie mogę, że nie dam rady, że to głupie, że ja myślami ciągle w przeszłości, że jestem słaba, że ja potrzebuję opieki 24godziny na dobę, że jestem wrakiem, że nie potrafię...słyszę:


- Nie mówię, że teraz. Ja poczekam, aż zachcesz, a na pewno zachcesz, przecież to jasne, że wsuyztsko sie poukładało w naszym życiu tak,, żebysmy byli razem. I ON też chce. Chodź, pojedziemy do niego na grób. Pogadamy z nim, co? Przecież on chce, żebyś była szczęsliwa. Trzymaj, mam dla Ciebie kokosa. Kochasz kokosy, więc zjedz. No jedz. Nie mówmy narazie o tym, co będzie, ważne, że teraz jest dobrze, co? Dobry kokos?


 


Nie mam co powiedzieć. Wszystko się układa.


 


A ja dalej nie wierzę, że może tak być.


 


-Ty naprawdę istniejesz? - pytam.


 


A on się śmieje i bawi moimi włosami i mówi, żebym nie siedziała na kanapie, tylko ruszyła tyłek, bo jedziemy na rowery. No już, jedziemy, jedziemy.


 


Bylismy dziś na łące. Posiedzieliśmy, narwaliśmy bzu.


Jest tak dobrze. A ja później wracam do domu, kładę się na kanapie, zwijam w kłebek i...myślę.


I mam wyrzuty.


I mi niefajnie.


Bo czuję, że robię coś złego, chociaż to nic złego, - tak logicznie patrząc.


 


 


 


Gdzie kończy się logika, kiedy ufać intuicji?


 


Uderzenia młotka już nawet nie bolą.


 


 


Dlaczego Cię nie ma.


Nie warto. 2011-04-06

Dzień 1.


 


Stał pod drzewem palił papierosa. Kiedy podeszłam bliżej, zgasił go, zdjął okulary i przetarł oczy.


Podeszłam, nie wiedziałam do końca jak się przywitać. Rzucic się na szyję, ucałowac, podac rękę?


Staneło na lekkim pocałunku w policzek.


Nie odzywał się, wcale.


Zapytałam, czy wszytsko ok. Potwierdził. I nie powiedział nic więcej. Po kilkunastu mintach milczenia po prostu poszedł.


 


Dzień 2.


 


Siedziałam na murku. Podszedł do mnie, podał rękę. Przytrzymał ją dość długo, nie wyrywając się - delikatnie przesunał palcami po mojej dłoni. Poprosił o papierosa. Dałam. Założyłam kaptur an głowę.


'Zawsze zakładasz kaptur, jak jest coś nietak' - powiedział.


'Mhm, tak samo jak kilka milionów innych ludzi'


Spojrzelismy na siebie.


 


Dzien 3.


Nie widzieliśmy się.


 


Dzień 4.


j/w


 


Dzień 5.


j/w


 


Dzień 6.


j/w


 


Dzień 7.


j/w


Kolega zapytał mnie o niego, gdzie jest i czy wszytsko między nami w porządku. Opowiedziałam mu wszystko.


'I co, dalej czekasz?' zapytal.


'Chyba już nie mam na co' - spuscilam glowe.


 


Dzień 14.


godz.9.30


Mam już tyle lat, że mam zmarszczki wokół oczu. A czuje sie jak nastolatka. Czekam na jakieś durne słowa, na gest. Cokolwiek.


Myslę, że może żaluje. Myślę, że się boi. Wiem, że sie boi. I ja też się boję.Ale jeszcze bardziej niż bólu boję się tego czekania. Nie chcę już czekać. Nie chcę go znać. To męczące.


 


godz. 19.20


Podszedł, chciał pocałowac w polik na powitanie. Odsunęłam się.SPojrzałam smutno. Powiedziałam ciche i suche CZEŚĆ. I poszłam.


 


 


 


 


 


Mam dość. Nie warto uświadamiać sobie niczego, jeśli nie jest się gotowym na przyęcie tgo do siebie.


Dziękuję. do widzenia.


 


 


 


 


 


I nagle... 2011-03-25

Leżeliśmy spokojnie. Obejmował mnie ramieniem,a ja raz po raz patrzyłam na jego twarz. Był spokojny, lekko się uśmiechał.
Gładził moj polik, moje oczy, nos i usta. Patrzył na mnie. I najzwyczajniej w świecie mnie pocałował. Nie namiętnie. Po raz pierwszy nie był to nametny, szybki i pełen pożadania pocałunek. Był inny, zupełnie inny niż dotycczas. Całował mnie powoli, bardzo powoli.
Co chwilę odrywał się i po prostu na mnie patrzył. A a patrzyłam na niego.
Przywarł do mnie całym ciałem, przytulał strasznie długo. Nigdy wczesniej mnie nie przytulał w ten sposób. To nie było jak wcześniej. Ani nie jak przytulenie na pożegnanie, ani jak przytulenie po wspólnie spędzonej nocy, ani na pocieszenie, kiedy płakałam. Ani nie był to jeden z tych, kiedy to on potrzebował pomocy i z wdzięcznościa mnie tulił.
Nie. Trzymał mnie tak mocno, że czułam każdy kawałek jego ciała, każdy oddech i ruch mięśnia. Zaczęłam się dusić. Wysunęłam głowę, żeby złapac oddech. A on dalek tkwił przy mnie tak mocno, jak nigdy. A póżniej znów pocałował. Przywarł do mnie z całej siły. I zamarł w bezruchu. Gdyby nie to, że palcem lekko przesuwał po moim poliku, mogłabym stwierdzić, że coś mu się stało.

Pocałował mnie w czoło, długo, przeciągle. splótł nasze dłonie. i trzymał mocno. Spojrzał na mnie tak, że jego twarz mówiła wszystko.
Uśmiechnął się. I ja się uśmiechnęłam.
I nagle zdałam sobie sprawę, że to ta chwila. Że właśnie uświadomiliśmy sobie, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni, jak nam dobrze i...

że się kochamy.

Żadne z nas tego nie powiedziało.
Nie musiało.

Spokojnie położył się zów obok, objął mnie ramieniem i powiedział:
-Musimy wstawać, muszę jechać do domu.

Kiedy się żegnaliśmy, widziałam, że jest przerażony. Przerażony odkryciem, którego właśnie dokonał. Był spokojny, ale zdezorientowany.
Wyszedł.
Spojrzałam przez okno. Stał i patrzył się w moje.
Nie wiem jak długo to trwalo.
Chciałam zbiec, ucałowac go.
Ale wiedziałam o czym myśli, wiedziałam, że potrzebuje czasu.
Żeby się oswoić.

Teraz pozostało czekać.


Przyszedł. 2011-03-14

Ostatni raz, kiedy rozmawiałam z Roztrzepanym, to było hm, jakieś 2 miesiące temu.


O ile to można rozmową w ogóle nazwać.


To raczej był mój monolog.


Że jest niedobry, że mnie wykorzystuje, że nie liczy sie z moim zdaniem i tak dalej i tak dalej.


Skończyło się na moim - Nie chcę Cie znać, znikaj.


I jego: Nie wiem o co Ci chodzi, znikam.


 


I tyle było z najszej przyjaźni.


 


Po jakims czasie stwierdziłam, że fakt, zawiódł mnie, że wkurzył jak nikt, że sprawił przykrość. I że mogłabym to ewentualnie wybaczyć. Zreszta, może nawet wybaczyłam. Ba, na pewno. Ale skoro on nie widzi w tym nic złego, to jaka jest idea naszej przyjaxni i po co w ogóle  mamy te przyjaźń udawać? Skoro on ma zupełnie inne, jak sie okazało, poczucie wartości i priorytety? I to, co dla mnie było ważn,e było dla niego zwykłym 'o co Ci chodzi'...


Tyle.


 


Przez ten cały czas teskniłam za nim cholernie, myślałam nawet że mogę zwalić wsyztsko na mój PMS, na problemy egzystencjalne, na panią w spozywczym (bo mnie wkurza) i takie tam. Ale uniosłam się dumą. I on tez. Od tamtego zdarzenia widziałam go dwa razy. Zawsze na siebie patrzeliśmy, zawsze nieswojo, zawsze teskno i smutno.


 


Każde z nas dumne i uparte. Miliard razy chwytałam z atelefon, żeby zadzwonić, napisac, cokolwiek.


Ale nie.


 


Każde z nas dumpe i uparte.


Do wczoraj.


 


He, własciwie dzisiaj.


 


O 3 nad razem usłyszałam dzwonek do drzwi.


Bardzo natarczywy.


Podeszłam cicho do drzwi uzbrojona w telefon i lakier do włosów.


Nie zamierzalam otwierać. Chciałam zadzwonić na policję.


 


Spojrzałam przez wizjer. Nie było widac za wiele, pomimo zapalonego światła na klatce. Ale te czupryne poznałabym wszędzie.


Otworzyłam.


Roztrzepany był kompletnie zalany.


Wszedł lekko(...) zachwianym krokiem i po prostu rzucił mi się na szyję. Płakał jak dziecko.


Przytuliłam go z całych sił, a on płakal..płakał...płakał...


 


Zrobiłam mocna kawę, posadziłam na kanapie.


 


Tym razem on miał swój monolog. Nieco pijacki.


Ze nic sie nie układa. Ze wyrzucili z pracy. Ze nie zdał poprawki. Ze dziewczyna z nim zerwała. Ze rodzice nie chcą go widzieć. Że udaje, że jest w porządku, ale tak naprawde nie daje rady i przecież komu ma o tym powiedzieć, jak nie mi. Że nie będzie kłamał, ze on naprawde nie wie o co narobiłam tyle krzyku, że pewnie coś zjebał i sam nie wie co, że on nieswiadomie. Że tęskni, że jestem tylko ja.


 


 


Po jakimś czasie zasnął.


Rano zjadł sniadanie, długo rozmawialiśmy.


 


 


A ja do końca nie wiem.


Czy to jest tak, jak w tych romantycznych filmach, gdzie on mi mówi te wsyztskie rzeczy i wychodzi na to, ze jestem jedyna osoba, z którą może pogadac, że nagle nas olśniło?


Czy raczej, że miał wszytsko gdzies, a dopiero jak dotknął dna, to sobie o mnie przypomniał, bo nic innego juz mu nie pozstało i tonacy brzytwy się chwyta?


 


 


 


Tęskniłam za nim. Ale te dni bez niego dały mi do myślenia.


Dość mocno.


 


Nie ma i jest. 2011-03-10

 


Zawsze mówi się, żeby skupiać się na tym, co się ma, a nie na tym, czego brakuje.


No dobra.


Wczoraj usiadłam na łóżku i postanowiłam na spokojnie przemyśleć co ostatnio się dzieje.


Co prawda doszłam od razu do wniosku, że cokolwiek mam - to i tak wagowo się nie równa z tym, co chciałabym mieć.


No ale dobra.


Nie marudżmy.


Dostałam pracę.


Ba, dwie.


Dwie prace, o ktorych zawsze marzyłam i które mogę godzić ze spokojem, gdyż jedna z nich jest zdalna, przez neta.


Po przeliczeniu wszystkich oszczędności wyszło mi, że mogę wziąc na kredyt niewielkie mieszkanie. Własne, moje!


Swietrdziłam tez, że schudłam ze 2 kg i spodnie spadają mi z tyłka. Hurra.


Wziełam do ręki mój  telefon. Pomyślałam sobie, że jakie to fajne, że mam z mamą darmowe minuty i mogę z nia rozmawiać godzinami. I że jak już nie będę zupełnie miała z kim rozmawiać i mi się nagle zachce, to mogę do niej zadzwonić i poopowiadać o tym,  ze schudłam 2 kg, że praca, że mieszkanie.


 


Później pomyślałam, że chciałabym o tym opowiedzieć Roztrzepanemu. Ze powiedziałby pewnie, że gratuluje pracy, że powinna schudnąc jeszcze z 10 i wtdy się chwalic, ja wtedy bym mu przyłożyła, on by się śmiał i powiedział, że jestem głuptakiem, ja bym się śmiała, on by mnie przytulił, a ja bym go walnęła po głowie. A później zaczęła opowiadać o moim jeszcze-nie-moim przyszłym mieszkaniu, że takie bym hciała ściany, że takie ramki do zdjęć. A on by powiedział, że sobi wymyslam.


 


I później pomyslałam,że szkoda, że nie mogę do niego zadzwonić, albo wyjśc z nim na piwo i poopowiadać.


 


I zaczełam się smucić bez sesnu, bo w końcu czemu mam się cieszyc, skoro nie mam tego, co chciałabym mieć.


To takie ludzkie.


 


Mam się dośc.


I znów... 2011-03-01

Już tak dawno noe pisałam.


Wypaliło mnie. Uczuciowo.


Tyle czasu zajmuje uwierzenie, że może byc dobrze,


Zaufanie


Wiara w dobry dzień


Czy przyszłość.


A później fakt - jest dobrze. W miarę. Bez szału. Ale uśmiech jest, wstawanie rano z uśmiechem, radość ze słońca, z oddychania.


Początkowo tłumaczyłam sobie:


  'Żyjesz. To się liczy'


I o dziwo - pomagało. Chociaż chęć do życia w skali 1-10 wynosiła 2.


Ale się udało. Czas. Czas. Czas. Czas sprawia, że wierzymy na nowo.


Chociaż myślę, że dalej jestem smutna ogółem - to zdarzały się chwile, kiedy śmiałam się do rozpuku, kiedy łzy radości leciały jedna po drugiej i kiedy skakałam pod sufit ciesząc się z najmniejszych rzeczy - dobrej zupy, nowej ksiązki, filmu, pochwały. Da się.


 


A później znów przychodzi BOOM.


Zazwyczaj niespodziewanie.


Powoli zaczynami ufac w dobre dni, a później okazuje sie, że to wszytsko było głupia iluzją, kłamstwem.


 


I chociaż nijak się nie da porównać jednego bólu z drugim, rozczarowania z rozczarowaniem.


To ból jest bólem. A smutek smutkiem.


 


Już chyba kiedyś pisałam...a może tylko myśłałam:


Że jak dzieje sie coś strasznego, najgorszego, to później nic już nie jest w stanie nas zasmucic w stopniu takim, żeby zburzyć całe życie po raz kolejny.


A to wszytsko gówno prawda.


To, że GO nie ma (nie ma go, to pewne, już nie słysze głosów, już nie widze go wszędzie. tylko czasem) to jedno. To największa strata od czasu mojego urodzenia i nigdy sie z tym nie pogodzę. Ale czy to znaczy, że nie mam prawa źle się czuć z tym, że tracę kogoś innego? W jakikolwiek sposob. niekoniecznie w kwestii zycia i smierci. Ale w ogóle. Ludzie odchodzą. Wszyscy. I na koncu i tak jesteśmy sami.


 


Zaufałam znów, że może być okej. I nie jest. Bo znów tracę.


Po raz kolejny stracilam nadzieję. Na szczęście. i pewnie za jakiś czas to odbuduję, znów uwierzę.


 


I znów tylko na chwilę.


 


Teraz. 2010-09-12

Nauczyłam się żyć na nowo.


Myślę, że wszytsko, co było przed- bylo snem.


Teraz jestem nowa, inna, zupelnie.


 


Dojrzalsza, spokojniejsza.


Ludzie mówią, że jestem zdystansowana.


Ktoś powiedział, ze dumna.


Może.


 


Mi łatwiej. Być dumną i zdystansowaną. Nie angażuję się we wszystko całą sobą - jak kiedyś. Wiem, że wszytsko może odejśc nagle.


Czekałam na coś dlugo, bardzo długo. Spełnilo się moje  najwieksze dotychczasowe marzenie i ... się skończyło. Tragicznie. Boleśnie.


Teraz już nie czekam.


Jestem


Tu i teraz.


Może trochę dumna i wyniosła.


 


Ale o ile łatwiej jest być, po prostu. Nie czekać.


Ja. 2010-04-22

Zaczelam skupiac sie na sobie.


Mysle o sobie.


Koncentruje sie.


Uslyszalam ostatnio, ze ciezko jest udawac, ze wszystko jest okej, kiedy nie jest i ze widac, ze ja oszukuje. Co prawda tylko jedna osoba mi powiedziala, ze widzi.


A ja moze i udaje.


Ale mysle sobie...ze ja juz nie wiem kim jestem.


 


Kiedys, lat temu chyba z 10 czy 15  bylam straszna szpanerka. Udawalam dziewuche o silnych nerwach, taka, co to ma w dupie wszystko.


Bo niby latwiej.


A w srodku bylam skrzywdzona dziewczynka, placzaca dziewczynka.


Pozniej bylam troche chlopakiem.


Rzecz jasna nie calkiem.


Ale zakladalam adidasy, dresy (nie TAKIE dresy), wlasy mocno wiazalam w kucyk.


Pozniej nagle bylam kobieca ogromnie. Ze makijaz, ze sukienki zwiewne, ze dlugie rozpuszczone wlosy i w ogole.


 


Teraz jestem smutnym czlowkiem.


Ale staram sie usmiechac. Rozmawiam z ludzmi. Wczoraj bylam z kolega na drinku. Spedzislimy razem cala noc, poszlam spac do niego. Do nieczego nie doszlo. Przegadalismy te kilka godzin, az do rana. W usmiechu.


Powiedzial mi:"SMiejesz sie, smiejesz...ale jestes tak cholernie pogubiona w tym wszytskim".


 


Dzis uslyszalam od kogos, ze jestem 'wesolym stworem'.


Kurwa mac.


A ja wracam do domu, siadam na lozku i wyje.


 


Od tamtych dni nie potrafie plakac. Staram sie ogladac czasem smutne filmy, sluchac piosenek, ogladam zdjecia. Nie umiem plakac. Uczucie placzka w srodku jest. Takie scisniecie mocne. Jakby ktos zakleszczal wszystkie wnetrzonosci.


Ale nie ma ujscia. Ogromnie boli.


 


Nie wiem juz kim jestem i jaka jestem. Od tego udawania kompletnie mi sie pomieszalo. Wsyztsko.


Jestem wrazliwa, lubie muzyke, lubie chodzic do teatru, do kina, lubie spiewac i tanczyc w deszczu. Nie lubie przypadkowego seksu. Uwielbiam sie calowac z kims, kogo uwielbiam. A nie lubie, albo nawet nie. Tylko uwielbiam.


A tak naprawde to chodze, przeklinam, slucham gownianej muzyki, w teatrze nie bylam od dawna. Siedze w domu,kiedy pada, uprawiam zupelnie bezmyslny seks, psuje kontakty z dobrymi ludzmi. Caluje kogo popadnie.


 


Stalam sie poszarpaną ścierka kuchenną.


Trzeba. 2010-03-30

Kiedys widziałam u kogos, na jakims portalu społecznościowym, w rubryce typu 'Czym sie zajmuję' zdanie:


"Smutek. Z przerwami..."


 


I u mnie tez. Smutek, z przerwami.


Nigdy nie pogodze sie z tym co sie stało. Ale staram sie życ. Gdyby ktoś mi powiedział jakis czas temu, ze czas leczy rany...Nie, w to sie nigdy nie wierzy. On nie do konca leczy. On lagodzi nieco.


Potrafie juz nawet patrzec czasem na Jego zdjecia i sie usmiechnąć. Kiedys oglądałam filmiki, debilne filmiki, które kręcilismy razem aparatem. Krótkie, mało treściwe. Ale nasze. I nawet sie uśmiechnełam.


Czyli, że chyba zaczynam życ.


Czasem tylko, jak idę gdzies i widze ludzi - na przystanku, w samochodach, na ulicy...pędzących, denerwujących się, smiejących...To zastanawiam sie, dlaczego w dalszym ciągu tylko ja widzę, że coś sie zmienilo, ze świat sie zmienil. Można powiedziec, że tylko mój. Ale jak..przecież świat jest jeden. Wszytskich. I onsie zmienił. I nikt nie widzi.


Ale uśmiecham się wtedy pod nosem lekko i myślę sobie, mówie w myślach do Niego:


 


"Popatrz, nikt nie zauważył, że świat sie zmienił. To troche nasza tejemnica...co?"


Bo my strasznie lubilismy tajemnice zawsze. Nawet takie małe, jak na przykład kamyk na plaży w sekretnym miejscu, albo zjedzona czekolada.


 


Całowałam się ostatnio z panem. Byłam na spotkaniu ze znajomymi. No, nie tak ostatnio, to było jakies 2 tygodnie temu. Całowałam sie dlugo. To był duży krok. Całowałam sie z wielu powodów. Jednym z nich był fakt, żeby właśnie iśc do przodu. Wczesniej myslalam, ze nikogo w zyciu nie pocaluje, ze jeśli mam umrzec. to chcę, żeby ostatnim mężczyzną, którego całowałam był On.


Ale przeciez ja nie mam umrzec, ja mam życ. Dlugo patrzyłam w oczy tego pana, zanim go pocałowałam (czy też dałam sie pocałować) i myślałam sobie:"Oto nadchodzi kolejny pocałunek. Bo mam żyć, nie? i Ty chcesz, żebym żyła i się całowała".No i się całowałam.


I było mi lepiej. Bo czułam, że jednak żyję. I myślę, ze On by się uśmiechnął wiedząc, ze ja sie całuję.


 


 


OStatnio taka brzydka pogoda. Niebo płacze dużo.


Ale to nic. Skoro płacze, to znaczy,że jest.


A być jest dobrze. Trzeba być.


Inaczej. 2010-02-03

Nagle stało sie coś dziwnego. Naprawde nie wiem co. Obudziłam sie kilka dni temu, wzięłam do reki nasze wspolne zdjecie (ostatnie, to na kanapie - gdzie ja sie krzywie, a on caluje moj polik mruzac oczy). i tak -poplakalam sie, co zadna nowoscia nie jest, ale...


Wstalam i nagle poczulam cos dziwnego. To chore uczucie, zupelnie chore. Poczulam nagle, ze nic sie nie stalo, ze to tak, jakby wyjechal na dlugo, daleko. Ze wroci. Ze przeciez nic sie nie stalo. Ze przeciez on jest, ze zyje, ze istnieje, ze oddycha gdzies i ma sie dobrze. Ze o mnie mysli.


Jak na pocztaku przekonywalam sama siebie, ze wszytsko co sie stalo to jakis jeden wielki koszmar, ze to wszytsko niemozliwe, ze...


Eh.


Teraz mowie do siebie:


"Pojebalo Cie...zrozum, GO NIE MA, ON UMARŁ. ROZUMIESZ? U.M.A.R.Ł...Nie zyje...!!!!!!!".


I zamiast plakac, to sie smieje do samej siebie i odpowiadam:"Co Ty gadasz, przeciez on tylko wyjechal daleko, na troche..."


 


Czasem patrze w lustro i widze przebłysk, jak w horrorze.


Widze siebie - taka normalna, jak teraz: nieuczesana, nieumalowana, zupelnie zaniedbaną...I nagle pojawia sie na chwile inna ja. Taka ladna. Znaczy, nie ze ladna, ale taka..usmiechnieta. Ktora robi glupie miny i smieje sie glosno w twarz.


Mysle, ze dzieje sie ze mna cos zlego. Chyba dopiero dzis zrozumialam, ze dzieje sie cos zlego. Przez ostatni tydzien po prostu bylo jak bylo i jakos nie myslalam nad tym wszytskim.


Az dzis jechalam samochodem i  nagle na plycie, ktorej ja nie wkladalam do odtwarzacza zupelnie (a moze po prostu tam bylaod dawna, wszak muzyki nie sluchalam juz miesiac...) uslyszalam jego glos. Spiewał dla mnie i przed refrenem mowil:


"Spiewaj ze mna! Spiewaj glosno" - kawalek zaspiewal:"No spiewaj, dlaczego nie spiewasz?".


Zatrzymalam sie gdzies za stacja benzynowa i zamiast sie poplakac, to...sie glosno rozesmialam. Zrobilam glosniej i spiewalam jak debil. Smiejac sie przy tym zupelnie radosnie.


I nagle zlapalam sie na mysli:" Ah, niedlugo pospiewamy razem..."


I zaraz pozniej:"O kurwa...nie pospiewamy..."


 


I zaczelam sie klocic sama ze soba.


Nie wiem ile tam stalam.


Ale w koncu zrozumialam, ze dzieje sie cos zlego.


 


 


Ale wlasciwie...czy nie lepiej myslec wlasnie, ze niedlugo na pewno znow razem zaspiewamy? i wmowic sobie, ze jest marynarzem i wyplynal w daleki rejs. Ze wroci.


Moze o to chodzi z tym tworzeniem iluzji.


 


 


Tylko jak dlugo tak mozna...?


e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]